Milczeć czy protestować?

Jak milczymy to przyzwalamy, jak psykujemy – jesteśmy jędzami. Każdy ma problem z tym, kiedy pyskować i protestować, ale wydaje mi się, że kobiety mają z tym dylematem o deczko gorzej niż druga płeć.

Osobiste dywagacje

Czy warto trzymać język za zębami dla świętego spokoju? W niektórych sytuacjach na pewno tak, jednak dobrze jest, jeśli język trzymamy w stałym pogotowiu. Powszechnie mówi się, że milczenie jest „złotem”, oznaką zgody, ale czy powinno się milczeć, jeśli działania innych ludzi mają znamiona społecznej szkodliwości, uwłaczają ludzkiej godności czy zagrażają bezpieczeństwu?

W Niemczech obrażanie jest karalne, zwłaszcza w przestrzeni publicznej, np. w Bundestagu obowiązuje zakaz personalnego ubliżania, szydzenia, wyśmiewania, poniżania. Każdy kto zostanie obrażony, niewinnie pomówiony, może to zgłosić na policję. Dlatego warto reagować, zwłaszcza w czasach powszechnego obrażania, braku tolerancji, mowy nienawiści, tak by w żadnym wypadku nie dawać przyzwolenia na poniżanie i obrażanie drugiego człowieka. Warto w tym miejscu wspomnieć o jednym przesłaniu Związku Polaków w Niemczech spod Znaku Rodła – „Polak Polakowi bratem”, czy przykazaniu religijnym „Miłuj bliźniego jak siebie samego”!

W przypadkach drażliwych, jeśli nie reagujemy, działamy świadomie przeciw samym sobie. I tak to czasem bywa w naszym polskim „piekiełku”. Opisze parę przykładów z życia wziętych, które uznałam za godne piętnowania.

Byłam świadkiem, jak znany berliński działacz prawicowy przybył z grupą ludzi na uroczystość związaną z ważną rocznicą Rodła. Było to trzy lata temu. Na liście zgłoszeń nie figurowały nazwiska osób towarzyszących, nie mogły więc od razu zostać wpuszczone na salę. Koleżanka sympatycznym facetom grzecznie wytłumaczyła procedury udziału w imprezie, a panowie szybko zrozumieli, o co chodzi? Usunęli się na pobocze, czekając, aż się zwolni miejsce. Agresywny szef nie dawał jednak za wygraną, był innego zdania, wg filozofii Jegomościa nie obowiązywały żadne procedury w myśl zasady, że „pani nie wie, kim ja jestem”. Chcąc się jeszcze popisać przed kolegami, z oburzeniem przyjął informację, zagotował się do czerwoności, grożąc koleżance:

– Takich jak Ty niedługo będziemy wieszać.

Początkowo sądziłam, iż się przesłyszałam, ponieważ rzeczywiście były problemy z wieszaniem garderoby. Po upewnieniu się, że faktycznie była to groźba pod jej adresem, doznałam szoku. Dziwiłam się, że znajoma nie zareagowała i nie zadzwoniła na policję. Powiedziała mi potem, że uznała, iż nie należy pozostałym uczestnikom psuć ważnej imprezy z udziałem polityków i dyplomacji. Sprawa pozostała bez echa, jednym słowem upiekło się agresywnemu typkowi, co uznałam za niedopuszczalne. Incydent nie pozostanie bez echa, na razie został medialnie nagłośniony.

Drugi przypadek, tu też będzie mowa o tym samym mężczyźnie.

Wprawdzie nie byłam świadkiem, ale zdarzenie obserwowali inni. Kobieta wychodząca z mszy w kościele polskim, gdy zobaczyła transparent z obraźliwymi hasłami politycznymi, odruchowo zaczęła go usuwać… Oczywiście reakcja autora baneru była natychmiastowa, tym razem nie słowem, a czynem. Po prostu pozwolił sobie na przemoc, używając siły wobec protestującej. Ta jednak nie dała za wygraną i zadzwoniła na policję. Wiem tyle, że został spisany protokół, człowiek został ukarany grzywną i zakazem korzystania z miejsca. No i proszę, pod kościołem nie ma więcej takich akcji, a i on z tego miejsca zniknął na amen.

Ostatnie wydarzenie miało miejsce tydzień temu, też pod polskim kościołem. Facet sprawiający dziwne wrażenie, natrętnie wciskał do rąk karteczki, wzywające do podpisywania petycji do Donalda Trumpa w sprawie żądań reparacji wojennych od Niemiec i Rosji. Kolporter oznajmił wszem i wobec, że Trump jest największym przyjacielem Polski, bo jest katolikiem, biblijnym Bogiem. Bogiem! Tak go gość określił. Gadał nakręcony jak katarynka, ludzi dawali gestem znaki, że ich to nie interesuje, niektórzy wdawali się w głośne pyskówki, atmosfera stawała się nieprzyjemna. Wierni po mszy świętej, wychodząc z kościoła, są raczej skupieni, nie lubią być atakowanym, zwłaszcza hasłami politycznymi. To wiem!

Obserwując zamieszanie i nieprzyjemną atmosferę, podeszłam do rozrabiaki z grzeczną uwagą, że „pod kościołem nie wolno prowadzić żadnej agitacji politycznej”. Wyjaśniłam, iż osobiście słyszałam od policji, która tydzień później po incydencie z krewkim działaczem sprawdzała gazety, szukając złowrogich treści politycznych.

To właśnie wtedy od policji dowiedziałam się, że nie wolno bez zezwolenia rozpowszechniać treści politycznych. Tłumaczyłam nawiedzonemu ideologicznie człowiekowi, który o dziwo wysłuchał nawet z uwagą. Nie dawał jednak za wygraną, kwitując, że „wolno mi, bo żyję w wolnym kraju”. Pożyczyłam mu miłego dnia i poszłam dalej rozdawać Kontakty.

Co ciekawe, nie minęła może minuta, a facet cichcem odwrócił się na pięcie i poszedł w czorta. Szedł szybko, aż się za nim kurzyło. Obserwatorzy tego zdarzenia byli mocno zdumieni, że pewnie miał coś na sumieniu, skoro w takim tempie dał dyla. Nieźle go postraszyłam? Ponoć już od trzech tygodni ludziom wychodzących z kościoła uprzykrzał życie, nawet perswazje księdza nie pomagały. A więc, trzeba reagować!

Kolejny przypadek to nieco lżejszy kaliber. Otóż, co roku zgłaszam się po akredytację na ITB czyli Międzynarodowe Targi Turystyczne. Za każdym razem muszę udowodnić trzema artykułami, że rozpowszechniam i promuję targi w mediach społecznościowych (jako blogerka, prowadzę dwa portale, a na trzech innych zamieszczam informacje). Zatem w obręcie polskiej społeczności zasięg mam dość duży. Do tego trzeba zawsze dołączyć kopię legitymacji prasowej. Wszystko zrobiłam i odsłałam wniosek. Tym razem dość długo czekałam na akceptację, z niecierpliwości napisałam maila z prośbą o wyjaśnienie, ponieważ termin targów się zbliżał.

Po dwóch dniach otrzymałam odpowiedź odmowną – jakoby brakowało wystarczającej ilości aktualnych informacji, co przecież nie było prawdą.
W odpowiedzi odpisałam, że nie będę więcej na moich blogach zamieszczać reklamy ITB i serdecznie pozdrowiłam organizatorów. Nie minął dzień,
a w poczcie elektronicznej pojawił się mail głoszący radosną nowinę, że akredytacja została mi przyznana. Mail zawierał też przeprosiny!

A więc, tak sobie myślę, że milczenie wcale nie jest azylem dla prawdy. Kiedy milczeć, a kiedy reagować? – to pytanie, na które każdy musi sobie odpowiedzieć.

 

 

 

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 83 Czytelników
Pin It