Polskie wigilie na przełomie stulecia

Autor:Tomasz Serwatka

Wigilia Bożego Narodzenia – jedyny, najpiękniejszy i najbardziej wzruszający wieczór w roku.

Polskie Wigilie miały od stuleci swą specyficzną – niespotykaną w innych krajach – aurę, specjalne tradycje: opłatek, sianko pod obrusem lub choinką, regionalne potrawy, wolne miejsce przy stole dla “niespodziewanego gościa” itd. Na pasterkę o północy podążają nie tylko najpobożniejsi, lecz czasem ludzie dalecy od Kościoła bądź niepraktykujący, którzy jednak są w świątyni ten jeden jedyny raz w roku.

Miniony wiek XX był w naszej historii szczególnie dramatyczny: dwie wojny światowe, okupacja nazistowska i komunistyczny totalitaryzm. Stąd było wiele polskich Wigilii smutnych i głodnych, bez obecności osób najbliższych, wprost rzec trzeba – tragicznych.

Te ostatnie to zwłaszcza Wigilie okupacyjne 1939-1944 lub spędzane przez Polaków w sowieckich łagrach i na Sybirze, potem w latach stalinizmu, w grudniu 1970 r. oraz w grudniu 1981 r. Autentycznie radosnych świąt było stosunkowo niewiele. Mimo to zawsze w naszej tradycji obchody Bożego Narodzenia cechowały optymizm, rodzinne i przyjacielskie ciepło oraz nadzieja na lepsze jutro.

Mizernie wyglądały kolejne Wigilie (1914- 1917) legionistów Piłsudskiego. Zwłaszcza początkowo byli odtrąceni przez gros nieufnego społeczeństwa Kongresówki. Ich kapelan, kapucyn, ojciec Kosma Lenczowski, wspomina ową świąteczną biedę, kiedy chłopakom wystarczać musiał kawałek lichej kury… Smętny był specjalnie grudzień 1917 r., który wielu “legunów” spędziło – po kryzysie przysięgowym – w niemieckich obozach internowania, Beniaminowie i Szczypiornie.

Powstanie niepodległej Polski nie było wówczas bynajmniej czymś oczywistym; po bolszewickiej rewolcie Lenina, Niemcy dominowali na froncie wschodnim niepodzielnie. Ale Polacy mieli to wielkie życiowe szczęście, iż następną Wilię świętowali już w wolnej II Rzeczypospolitej! Nastała tedy w końcu “jutrzenka swobody”.

Kolejne Wigilie, przez następne 20 lat, były dla większości społeczeństwa polskiego raczej – mniej lub bardziej – pogodne, spokojne, radosne.

Przyszły wszak czasy straszne: II wojna światowa oraz niemiecka i sowiecka okupacja. W Generalnej Guberni i pod okupacją sowiecką na święta było chłodno i głodno. Zima z 1939 na 1940 rok była bowiem szczególnie mroźna i śnieżna. Naród miał jednocześnie owej zimy najwięcej nadziei na odmianę losu, na zwycięstwo. Wiązało się to z rachubami na sojusznicze Francję i Wielką Brytanię, które rzekomo miały rychło pokonać Hitlera. Cieszono się też z porażki Moskali w tzw. wojnie zimowej z Finlandią.

Początkowo zresztą nikt nie spodziewał się, iż wojna potrwa aż 6 lat i skończy się całkowitą zmianą konfiguracji międzynarodowej.

Pierwszym wielkim szokiem była dla Polaków haniebna klęska Francji wiosną 1940 r. Jak czytamy w większości pamiętników i relacji, kolejne wojenne życzenia wigilijne Polaków były – z roku na rok – coraz mniej optymistyczne. Klęska III Rzeszy wcale bynajmniej nie następowała, a późniejsze postępy Armii Czerwonej w Europie Wschodniej spędzały wielu patriotom sen z powiek. Tym bardziej że obaj okupanci utrudniali Polakom życie codzienne jak mogli.

Profesor Karolina Lanckorońska (1898-2002) wspomina w swych pamiętnikach, że na pierwszą okupacyjną Wigilię sowieciarze zgotowali Polakom bardzo przykry prezent, w postaci “likwidacji” dotychczasowej waluty – złotego. Pieniądze te po prostu “unieważniono” (taka “reforma walutowa” była możliwa w absurdalnym ekonomicznie systemie sowieckim), a oficjalnym środkiem płatniczym stał się naturalnie rubel. Ale rubli Polacy z kolei nie posiadali. Groziła tedy katastrofa aprowizacyjna. Sytuację częściowo uratowali “pośrednicy” żydowscy, którzy “wymieniali” naszym obywatelom bardzo drobne ilości rubli na olbrzymie ilości złotych, szmuglowanych potem przez nich na teren GG (granica nie była jeszcze zbyt szczelna), gdzie waluta polska nadal obowiązywała.

Najgorsze miało jednakowoż dopiero nadejść. W lutym i kwietniu 1940 r. sowieciarze rozpoczęli akcję masowych deportacji Polaków z Kresów Wschodnich na Sybir i do Kazachstanu. Jak wspomina gros pamiętnikarzy, którzy przeżyli owo piekło na “nieludzkiej ziemi”, podczas świąt 1940 roku komuniści kazali zesłańcom… iść do pracy (przeważnie w lasach). O opłatku, kapłanie, cerkwi, pasterce, tradycyjnym świątecznym jedzeniu itd., nie było oczywiście mowy.

Sowieci jawnie szydzili z Polaków, mówiąc, iż “przyjaźń” ZSRS z III Rzeszą jest wieczna, a zesłańcy ziemi ojczystej nie zobaczą już nigdy! Stało się wszak inaczej, bo hitlerowski tygrys skoczył w końcu do gardła sowieckiemu szakalowi.

Latem 1941 r. nawiązano też stosunki dyplomatyczne między polskim rządem emigracyjnym a Kremlem (tzw. pakt Sikorski- Majski). Ulżyło to bardzo losowi Sybiraków; kolejne Wigilie – choć w zimnie i niedostatku – mieli okazję przeżyć nieco godniej.

Pod okupacją niemiecką tzw. normalni obywatele mieli okazję w miarę przyzwoicie zasiąść do świątecznego stołu i pójść do kościoła. Znamy nawet wzruszający fragment z głośnego filmu “Hubal”, kiedy to partyzanci pojawiają się na wiejskiej pasterce.

Nie dane to było wszak więźniom nazistowskich obozów koncentracyjnych oraz gestapowskich kazamatów. Jedynie Polacy na emigracji mieli okazję świętować normalnie. Jak wspomina w swych dziennikach ambasador RP w Londynie, Edward hrabia Raczyński (1891-1993), pasterka w latach wojny była dla Polaków nad Tamizą wielkim wydarzeniem. Łzy żalu mieszały się ze łzami nadziei na zwycięstwo i powrót do kraju. Tej ostatniej było już jednak w latach 1943 i 1944 coraz mniej.

Piłsudczyk, senator Tadeusz Katelbach pisał, iż powrotu do “wolnej Polski” życzyło sobie nawzajem w Boże Narodzenie 1944 r. niewielu rodaków… Krążyło już bowiem złowieszcze widmo Jałty.

Dla większości z grona “wojennych” emigrantów politycznych, Wigilia roku 1945 była pierwszą z serii tych “właściwych” i “na stałe” Wigilii, spędzanych w USA, Anglii, Francji, RFN, Kanadzie czy Australii.

Po zakończeniu II wojny światowej, lata 1945- 48 przyniosły umęczonemu społeczeństwu polskiemu pewien oddech. Komunistyczny reżim jeszcze na dobre nie okrzepł. Można było swobodnie się modlić i w miarę dostatnio świętować.

Potem wszak przyszła stalinowsko- bierutowska noc (1949- 1955). Wielu patriotów, jak m.in. księża Pirożyński, Zator-Przytocki, Kaczyński, płk Wacław Lipiński, Adam Doboszyński, Kazimierz Pużak z PPS czy bp Czesław Kaczmarek, znalazło się w lochach Urzędu Bezpieczeństwa na ul. Rakowieckiej w Warszawie czy w osławionym Rawiczu.

Nie było tam, oczywiście, mowy o normalnej Wigilii; fizyczne i psychiczne tortury, głodzenie i przesłuchania były za to na porządku dziennym. Pamiętam, jak wstrząsające wrażenie wywarły na mnie pamiętniki księdza Zator- Przytockiego, które kilka lat temu przeglądałem w “Ossolineum”. Ksiądz Zygmunt Kaczyński, eksminister w emigracyjnych gabinetach Sikorskiego i Mikołajczyka, nie przeżył był ubeckich tortur. Tak samo inż. Doboszyński (stracony po procesie) i płk Wacław Lipiński, piłsudczyk i wydawca “Pism” Marszałka. Sam Zator-Przytocki sukcesywnie – z Wigilii na kolejną Wigilię – tracił nadzieję, że kiedykolwiek wyjdzie na wolność i ujrzy światło dzienne. Przeżył prawie cudem.

Gomułkowska “odwilż” wydatnie polepszyła sytuację społeczeństwa w PRL. Lata 60. to przecież pierwsza polska “mała stabilizacja”. Zakończyła się ona wszak krwawymi doświadczeniami Grudnia 1970 na Wybrzeżu: w Gdańsku, Gdyni, Elblągu i Szczecinie, w dniach 14-20 grudnia. W wyniku działań MO i wojska – na wyraźny rozkaz W. Gomułki – zginęło kilkadziesiąt osób. Robotnicy Wybrzeża sprowokowani zostali do strajków i ulicznych demonstracji przez rządowe ogłoszenie podwyżki cen artykułów spożywczych, tuż przed Bożym Narodzeniem. “Władza ludowa” skompromitowała się, pokazując swe prawdziwe oblicze.

Ta Wigilia była zatem szczególnie ponura i tragiczna, nie tylko dla rodzin w miastach porto- Polskie Wigilie w XX wieku. Dzięki Radiu “Wolna Europa” o masakrze zgotowanej stoczniowcom wiedziała przecież cała Polska. Gomułkę politbiuro odsunęło od władzy. Nowy lider PZPR Edward Gierek kreował się na politycznego liberała, “przyjaciela robotników” (słynne “POMOŻECIE?” podczas wizyty w Szczecinie w styczniu 1971 r.) i sprawnego menedżera.

Okres 1971-76 to kolejna, znacznie głębsza i dostatniejsza polska “mała stabilizacja”, otwarcie na Zachód itp. Ale dość szybko, w wyniku błędów rządu oraz wad systemowych, nastają ponownie “lata chude” (1977-80) oraz wielki kryzys ekonomiczny.

Te czasy większość z nas pamięta już dobrze nie z książek czy opowiadań dziadków, ale z autopsji. Sama pamiętam doskonale dwie jakże różne Wigilie: 1980 i 1981 r. Pierwsza – pełna “solidarnościowej” nadziei, z radosną homilią Papieża w TVP; trwała narodowa euforia wolności. Wydawało się, że oto jesteśmy “uczestnikami” pierwszego od dziesięcioleci Bożego Narodzenia w faktycznie niepodległym kraju.

A jednak… kolejna Wigilia była już całkiem inna. Stan wojenny, mróz i czołgi na ulicach. Koniec wolności i zabici w “Wujku”. Łzy starszych i wymagane przepustki na przejazd z miejscowości do miejscowości. Lata osiemdziesiąte nie należały w PRL do wesołych.

W dzisiejszej Rzeczypospolitej żyje się w miarę “normalnie”. Oczywiście, w zależności od pozycji społeczno- zawodowej, samopoczucia i stanu portfela. Dla jednych jest lepiej, dla innych – ostatnio chyba dla zdecydowanej większości społeczeństwa – coraz gorzej. Mimo wszystkich kłopotów wydaje się jednak, że współczesne święta przeżywamy w atmosferze stosunkowo spokojnej i stabilnej. Obszar biedy nie kurczy się, ale i wydatnie nie powiększa. Supermarkety są przed świętami raczej pełne. Jeśli brak jest nawet wyraźnej nadziei na poprawę kondycji moralnej i ekonomicznej naszego narodu w najbliższym czasie, to istnieją ważkie optymistyczne przesłanki w dalszej perspektywie. TOMASZ SERWATKA

Powyższy artykuł ukazał się na portalu polonijnym www.gazetagazeta.com

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 69 Czytelników
Pin It