Chory system

Czytając wywiady Kory o zmaganiach z rakiem , a przede wszystkim z funkcjonującym systemem zdrowotnym spowodował u mnie wściekłość do granic czerwoności. Jest mi przykro i bardzo współczuję tym wszystkim skonfrontowanym z ciężką chorobą Polakom, których polskie Ministerstwo Zdrowia skazuje na śmierć. W imię prawa!

To właśnie od Kory, jako osoby publicznej dowiadujemy się o drodze, jaką przeszła, drodze, która zakończyła się przedwczesną  śmiercią. Podobnych osób w Polsce jest zapewne kilkaset tysięcy. Śmierć Kory przeżyłam szczególnie boleśnie,  jej lata walki o godne, ludzkie leczenie, terapie, ku jej nieszczęściu wyznaczyły standardy polskiego Ministerstwa Zdrowia.

Instytucje jej systemu zdrowotnego zobligowane są służyć swoim obywatelom nie tylko w przypadku grypy, zapalenia ucha, czy anginy, ale przede wszystkim wtedy, kiedy do pojawi się tak poważna choroba jak rak.

Od wieku, wieków słyszy się, jak kolejne rządy i parlamentarzyści mocno angażowali się w uzdrowienie Służby Zdrowia, a zwłaszcza od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej. Te wszystkie rewelacyjne brzmiące zmiany, przepisy, starania to jedna wielka ściema potrzebna tylko po to, by podkarmiać wszystkich ubezpieczycieli nadzieją, że tym razem będzie dobrze. Śmierć Kory, jej historia choroby pokazuje, jaki rodzaj usług niezbędnych do ratowania zdrowia czy nawet życia oferuje MZ.

Owszem,  zmieniła się sprawność systemu, włącznie z hospicjum są oferty dla chorych. Ludzie, którzy nie mają pieniędzy, mogą się od razu położyć w łóżku w domu i czekać na śmierć.

Z perspektywy niemieckiego pacjenta zastanawiam się dlaczego pacjenci w Polsce płacąc wysokie składki ubezpieczeniowe w przypadku choroby muszą żebrać o standardowe leczenie, dostęp do lekarza, do badań, leków, terapii czy sanatorium? Dlaczego w takich przypadkach skazuje się ludzi na prywatne leczenie, skoro każdy z nich jest ubezpieczony w Narodowym Funduszu Zdrowia? To po jaką cholerę płaci się składki?

Weźmy dla przykładu pacjenta zamieszkałego w Niemczech.

Wszystkie gabinety lekarskie, szpitale są sprywatyzowane i każdy kto płaci składkę ubezpieczeniową otrzymuje plastikową kartę zdrowia i tylko z tym idzie się do lekarza, szpitala, na pogotowie ratunkowe. Nikt nikomu nie musi płacić gotówką. Lekarz rozlicza się raz na kwartał z Kasą Chorych, a nie z pacjentem!

Od czasu, kiedy już nie mieszkam w Polsce dowiaduję się od moich rodaków, którzy zachorowali na raka, jaką gehennę przeżywają ze Służbą Zdrowia. Niektórzy z nich już dawno pożegnali się ze światem tylko dlatego, że jak w przypadku Kory nie otrzymali refundacji do standardowego leczenia, chemoterapii, leków. Kora jest tego dobitnym przykładem,  a takich ludzi, jak Ona jest kilkadziesiąt tysięcy, jeśli nie miliony. Owszem, mieli oni szansę na leczenie, ale prywatnie za grubą kasę lub w publicznej służbie zdrowia często znajomości odgrywają dużą rolę, a niekiedy łaskawość losu. Wiem co nieco na ten temat, jak to się naprawdę odbywało i nadal odbywa. I co? I nic!

A jak jest w Niemczech, niech posłuży mój przykład. Pokrótce opiszę moją historię choroby i obowiązujące procedury odnośnie leczenia. Dodam tylko, że w tym kraju jestem obcokrajowcem, ubezpieczonym w powszechnej kasie chorych czyli AOK, a wnioski niech każdy  sam wyciągnie.

W 1999 roku stwierdzono u mnie raka piersi, co było ogromnym szokiem zwłaszcza, że regularnie, raz na kwartał chodziłam do kontroli, de facto polskiego lekarza.

Któregoś razu podczas badań testowych na astmę u innego niemieckiego specjalisty pokazałam prawą pierś, w której czułam jakąś dziwną blokadę, sugerując wpływ na trudności z oddychaniem, częstymi atakami kaszlu. Lekarz, który spojrzał na wskazane miejsce od razu zalecił w trybie pilnym wizytę u ginekologa.  Posłuchałam rady i w miarę szybko udałam się do mojego lekarza ds. kobiecych, któremu w momencie  testowania piersi zatrzęsły się nerwowo ręce. Od razu kapnęłam się, że to zły omen, co też potwierdziła mammografia i biopsja. Diagnoza – rak piersi.

W ciągu trzech dni od diagnozy zostałam skierowana do szpitala na operację, po tygodniu otrzymałam pierwszą chemoterapię przez 6 tygodni, po czym nastąpiła radioterapia zakończona 5 tygodniowym pobytem w sanatorium. Zdaniem lekarzy byłam uzdrowiona, choć ryzyko nawrotu było duże – to usłyszałam od onkologa. Jako ciekawostkę dodam, że od tej pory ustały całkowicie problemy z kaszlem, oddychaniem i bólami głowy.

Niestety, na moje nieszczęście, w krótkim czasie, pół roku od zakończenia cyklu leczeniowego podczas okresowych badań okazało się, że w organizmie wzrosły komórki rakowe i był to przerzut na wątrobę. Nie będę w tym miejscu opisywać dramatu, jaki przeżywałam, zwłaszcza po otrzymaniu informacji, że moje życie jest poważnie zagrożone.

Od razu, na drugi dzień od diagnozy prowadzący lekarz zaordynował aż dwa rodzaje chemoterapii, która spowodowała całkowite wycieńczenie organizmu i właściwie cudem pozostałam przy życiu. Pierwsza chemoterapia miała 12 cykli, a druga trwała w odstępach tygodniowych przez 2, 5 roku,  a było to w fazie testowania nowej chemii, która w efekcie dała rewelacyjne wyniki. Rak został uśpiony, wielokrotne tomografie nie wykazały remisji i ten stan trwa po dzień dzisiejszy czyli dokładnie 18 lat, jeśli chodzi o wątrobę.

Oczywiście mój dotychczasowy styl życia został całkowicie zmieniony i z osoby, którą zjadały stresy przestawiłam się na ładowanie tylko i wyłącznie pozytywną energią. Radość życia czerpię pełnymi garściami, smutki odkładam na bok, nie przeżywam boleśnie niepowodzeń, przyjmuję je jak normę! Nauczyłam się rozwiązywać problemy bez paniki, coś w rodzaju Wańka – Stańka!

W pięć lat później, czyli 2005 roku zauważyłam niepokojące bóle w dolnej części brzucha. Przeczulona na wszelkie zmiany w organizmie natychmiast zgłosiłam się do onkologa, który po zbadaniu przyczyny stwierdził raka jajników. I podobnie, jak za pierwszym i drugim razem poddana zostałam obowiązującym procedurom czyli natychmiastowej operacji, naświetlaniom, sanatorium. Do dnia dzisiejszego jestem pod stałą kontrolą, mam do dzisiaj święty spokój, dzięki Bogu!

Biorąc pod uwagę koszty mojego leczenia w przybliżeniu wyniosło ono około ćwierć miliona euro. W moim przypadku, nigdy nie wystąpił  problem finansowy.

Zawsze dziwiłam się polskiemu systemowi zdrowotnemu, zwłaszcza od czasu, kiedy jesteśmy w Unii Europejskiej, dlaczego nie potrafimy zreformować Służby Zdrowia? W czym tkwi problem? Ja to wiem od dawna i polscy lekarze też! Po prostu to sprawa samych lekarzy, niestety!

Jako dziennikarka polonijna miałam wielokrotnie okazję spotykać się polskimi urzędnikami z Sejmu,  Senatu, Ministerstwa Zdrowia, pisałam też do minister Pani Kopacz sugerując by po prostu choćby częściowo skopiować niemiecki system zdrowotny i zlikwidować dziwne praktyki podwójnego systemu funkcjonowania Służby Zdrowia dla biednych i bogatych.

Co usłyszałam w odpowiedzi?

– „Proszę Pani, jak długo lekarze będą ministrami, tak długo będą bronić rękami, nogami istniejącego systemu, który im daje porządną kasę prowadząc prywatne gabinety lekarskie. Inna sprawa propaganda odnośnie prywatyzacji robi swoje, bowiem każdemu Polakowi to słowo kojarzy się z wydawaniem pieniędzy za wizytę, leczenie i ludzie się tego boją, jak diabeł święconej wody tkwiąc w błędnej świadomości. A zatem komuś pasuje  (lekarzom) niewiedza w społeczeństwie i tak długo będzie źle dopóki na stanowisko ministra Zdrowia pojawi się menadżer, a nie lekarz. Oni nigdy nie zrezygnują z żyły złota, jaką daje im istniejący system.

Powtarzam jeszcze raz, że w Niemczech szpitale, kliniki, gabinety są wszystkie sprywatyzowane. Pacjent udając się z wizytą do lekarza podaje kartę ubezpieczeniową i na podstawie tej karty lekarze rozliczają się z Kasą Chorych. Z własnej kasy płacę za każdy lek 5 euro i po 10 euro za każdy dzień pobytu w szpitalu, ale tylko do 21 dni. Resztę pokrywa AOK.

Statystyka ubiegłoroczna mówi o tym, że przeciętny pobyt pacjenta w szpitalu w Niemczech kosztuje 4.000 €. Każdy kto był w szpitalu, nieważne, czy skomplikowana operacja serca, czy wycinanie migdałków, po prostu koszty wszystkich operacji, personelu, sprzętu itp. podzielone przez ilość pacjentów i statystyczny czas ich pobytu w szpitalu. Dane o kosztach samego łóżka bez zabiegów i operacji są mi  mało znane.

 

Moje wywody zakończę krótką anegdotką.

Prowadzący  lekarz – onkolog zapytał mnie któregoś razu, czy to prawda, że w Polsce pacjenci idąc do lekarza płacą gotówką za wizytę, leczenie?

– Tak, to prawda! – potwierdziłam

W komentarzu usłyszałam: „ w takim razie przeprowadzę się do Polski to może wreszcie będę bogaty?” – kwitując uśmiechem.

Moją historię zakończę smutną refleksją!  Ogromnie żal mi ludzi, którzy, jak w przypadku Kory skazani  są na przegraną walkę z polskim systemem zdrowotnym!

 

na zdjęciu: Kora w obiektywie Marka Karewicza z wystawy plenerowej w Opolu

 

 

 

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 180 Czytelników
Pin It