Latami toczyła się w Berlinie debata na temat pomników i ewentualnej lokalizacji pomnika polskich ofiar narodowego socjalizmu. Trwała długo, a toczyli ją politycy w Bundestagu i naukowcy w swych zamkniętych kręgach. Społeczeństwo obywatelskie nie brało w tym udziału. Nikt nie został zaproszony do debaty, niczyj głos oddolny nie został wysłuchany. Gdy Bundestag podjął wreszcie uchwałę, w wybitnym miejscu, bo naprzeciwko tegoż Bundestagu ustawiono piękny wielki głaz narzutowy. Jednak odebrano mu jego piękno, przydając mu w nazwie przymiotnik tymczasowy.
Tymczasowy.
Po 80 latach, jakie minęły od zakończenia wojny, wielki kraj zdobył się wreszcie na postawienie swym ofiarom dużego kamienia i niedużej tablicy.
Można by powiedzieć, że Żydzi otrzymali swój pomnik ponad 20 lat wcześniej, ale nie, bo Pomnik Holokaustu wzniesiony został z żydowskiej inicjatywy i sfinansowany przez żydowskich sponsorów.
Nie wiemy, jaki był udział diaspory ludów Roma i Sinti w realizacji pięknego miejsca pamięci, zrealizowanego w parku Tiergarten, na cześć ich ofiar.
Polakom, przedstawicielom kraju, na który Niemcy hitlerowskie napadły, czym rozpętały II wojnę światową, pomnik (mimo wszystko) wznieśli Niemcy. Polacy otrzymali kamień, Żydzi góry betonu. Tylko Romowie i Sinti zostali upamiętnieni kawałkiem natury – wodą.
Dodamy tu naszą osobistą uwagę, uwagę, której nikt nigdy nie wysłuchał. Szkoda!
Szkoda i tej zmarnowanej szansy na polski pomnik, i tej na żydowski. Żydom powinniśmy byli całą wieczność przynosić kamyki, tak jak oni noszą je na groby swoich zmarłych. Po latach usypalibyśmy górę aż do nieba. A Polakom powinniśmy sadzić brzozy, wszędzie, całe lasy, puszcze, knieje. Tak jak to zaczął na placu przed dworcem kolejki miejskiej Grunewald Łukasz Surowiec. Rosną brzozy ramach projektu Łukasza Surowca Berlin-Birkena przywiezione do Berlina kilkaset młodych brzózek z okolic dawnego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. W ten sposób drzewa, które wyrosły w ziemi naznaczonej śmiercią wielu ludzi, stały się swoistym „żywym archiwum”, przynosząc do Berlina życie i oddech. Brzozy posadzone zostały w miejscu historycznym w pobliżu Gleis 17 w dzielnicy Grunewald skąd deportowani byli Żydzi do obozów koncentracyjnych Auschwitz – Birkenau.

Foto: Brzozy Łukasza Surowca
Dziś pytamy: Dlaczego do tej pory nie udało się wybudować pomnika upamiętniającego walczące kobiety i osoby LGBT, ofiary niemieckiej okupacji i ofiary obecnego rządu partii konserwatywnej? Czy kamienny pomnik to poprawna odpowiedź?
Nasza odpowiedź brzmi – nie. Góra kamieni, betonu i metalu jako wyraz pamięci są już nieadekwatne. To forma pamięci utrwalona przez patriarchat, i w czasie, gdy patriarchat musi zejść z piedestału, musi odejść i ta forma pamięci.
Pamiętać! Tak! Ale powinno to być miejsce tętniące życiem!
Historia Polski i Niemiec to historia naszego sąsiedztwa, ale to także historia pisana przez mężczyzn – od konfliktów zbrojnych, przez politykę, po naukę i kulturę. Bolesny brak w historii kobiet, które zaledwie od 100 lat miały prawo do głosowania i studiowania, jest poważnym błędem i wypacza historię. Teraz przyszedł czas na brakującą połowę historii – czas na Herstories.
W naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach anonimowych bohaterkach, bo w cywilizacji opartej na patriarchacie historię piszą zwycięzcy – mężczyźni. Zapisana historia opiera się na następujących po sobie wojnach, konfliktach, przemocy, w których dominują bohaterowie – generałowie, przywódcy, żołnierze, papieże. Albo tyrani! Tym dawnym stawia się pomniki i o nich pisze, tym nowym jeszcze ktoś te pomniki wzniesie. I będą stały, aż my, społeczeństwo obywatelskie je obalimy.
A tymczasem…
Anna Krenz – artystka, redaktorka, aktywistka w autorskim wykładzie z cyklu „Po co pomniki dzisiaj?” przedstawiła oddolne inicjatywy upamiętnienia ważnych osób i wydarzeń, łączące żywą pamięć z ochroną środowiska. Już w „Iliadzie” Homera drzewo jest pokazane jako symbol pamięci ludzi, bo drzewo żyje dłużej niż człowiek. Bo przecież właśnie o to chodzi, by pamięć była dłuższa niż życie jednego człowieka, by przekazała następnym pokoleniom, jak historia, archiwistyka i dziedzictwo kulturowe mogą być żywe i dostępne dla wszystkich, niezależnie od wieku, narodowości, niepełnosprawności czy płci.
W Berlinie rośnie Drzewo Ireny Bobowskiej posadzone w 2024 r. przy Rathenower Straße 79a, tuż koło muru więzienia Alt Moabit. Drzewo upamiętnia polską poetkę, publicystkę i działaczkę konspiracyjną z Poznania (1920–1942), skazaną na śmierć w Berlinie, gdzie w więzieniu Plötzensee wykonano wzrok śmierci przez zgilotynowanie.

Foto: „ Drzewo Ireny Bobowskiej”
Irena Bobowska, urodzona 3 września 1920 roku w Poznaniu, była młodą polską poetką, publicystką, rysowniczką i działaczką, osobą bardzo aktywną, choć od dzieciństwa była sparaliżowana i poruszała się jedynie o kulach lub na wózku inwalidzkim, zawsze nosząc szyny. Zaraz po wybuchu II wojny światowej rozpoczęła działalność konspiracyjną, pracując w redakcji podziemnego pisma „Pobudka”. Została aresztowana w czerwcu 1940 r. wraz z innymi członkami Posadzenie drzewa było inicjatywą trzech kobiet, Ewy Marii Slaskiej, Anny Krenz i Agnieszki Glapy. We wrześniu 2023 roku Ewa Maria Slaska, polska pisarka z Berlina, zorganizowała zbiórkę pieniędzy na drzewo dla Ireny Bobowskiej. Za pomocą portalu gofundme.de zebrała 600,00 euro, która umożliwiła posadzenie drzewa w Berlinie w ramach kampanii „Berlińskie drzewo miejskie”, organizowanej przez Senat Departamentu Mobilności, Transportu, Ochrony Klimatu i Środowiska albo objęcie nad nim patronatu/matronatu. Dzięki temu nowo posadzony grab kolumnowy przy murze więzienia na Moabicie nosi imię polskiej wojowniczki ruchu oporu.
Nie był to jednak pierwszy raz, że w Berlinie uczczono tę młodą Polkę. Już kilka lat wcześniej, w 80 rocznicę śmierci Ireny Bobowskiej, dzięki dofinansowaniu berlińskiego Senatu ds. Kultury i Europy, kolektyw Dziewuchy Berlin zorganizował projekt “Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka”. Menadżerki projektu, Ewa Maria Slaska i Anna Krenz podkreślają, że ta młoda, odważna i utalentowana kobieta jest dla nich symbolem. Symbolem innych młodych i starszych Polek i Polaków, którzy z narażeniem życia, niejednokrotnie tracąc je walczyli w czasie wojny. Irena Bobowska jest też symbolem tych, którzy zostali po wojnie zapomnieni. W Polsce tak, w Polsce pamiętamy o bohaterach, ale w Niemczech nie pamięta się o tych milionach ludzi, którym rozpętana przez nich wojna odebrała szczęście, zdrowie i życie. Nie chodzi o to, by czuć się winnym. Chodzi tylko o pamięć. I aż o pamięć. Prawdziwą, żywą, osobistą. Ludzką. Nie o to, ile betonu wylejemy i jak wielkie będzie się stawiało kamienie, ile razy w ciągu roku odbędą się zrytualizowane imprezy pamięci i ile złoży się kwiatów. Od lat młodzi, krytyczni Niemcy ironicznie nazywają miejsca pamięci punktem zrzutu wieńców.
Niemcy chlubią się tym, że dobrze przepracowali ciężar odpowiedzialności za okrucieństwa wojny. Tak, to prawda. W każdą rocznicę sumiennie odbywają rytuały, przez 10 minut filmowane dla telewizji, która pokaże minutową migawkę w wieczornych wiadomościach. Ale są to działania zrutynizowane. Zarządzone odgórnie, regulowane przez procedury, przygotowywane przez odpowiedzialnych urzędników. W tym procesie już dawno zniknął żal za winy i osobista pamięć.
Osobista żywa pamięć.
Przypomnijmy jednak, że grab dla Bobowskiej nie jest pierwszym polskim drzewem w Berlinie. Rośnie tu również drzewo Polonii/ Baum der Polonia.

Niejednemu z nas krążą po głowie myśli, że dobrze byłoby zrobić coś dla Ziemi i dla miejsca w którym się żyje. Autorka tego tekstu, Krystyna Koziewicz pisze: Pomysł sadzenia drzew pojawił się dawno temu, podczas pobytu w Toronto. Spacerując po alejkach parkowych zauważyłam zawieszone na drzewach tabliczki z nazwiskami lub nazwami firm, były to informacje o tym, kto jest sponsorem tej konkretnej sadzonki. Pomyślałam wówczas, że kontynuowanie tej pięknej idei warto byłoby zacząć od siebie. I tak posadziłam pierwsze „moje drzewko” – koło domu mojego syna w Toronto.
Po przyjeździe do Polski sadziłam kolejne drzewa podczas wizyt u znajomych, którzy mieli własne domki z ogrodem. Zamiast prezentu powitalnego czy urodzinowego kupowałam sadzonki drzew, przeważnie iglastych. Jedno drzewko posadziłam u znajomego w Lęborku, drugie u brata w Krynicy Zdroju, u syna w Walcach na Opolszczyźnie i jeszcze jedno u znajomej pod Opolem.

u brata w Krynicy Zdroju

Drzewo w Lęborku, drzewo u syna w Walce
W 2019 roku przeczytałam w prasie o kampanii „Drzewo dla Berlina”. Najpierw była mowa, tak po dziennikarsku, o tym, że Berlin posadzi pół miliona drzew, potem urząd ds. zieleni miejskiej podał konkretną ilość: 330.000 drzew, które uzupełnią zieleń uliczną miasta. Przyszło mi wtedy do głowy, że warto byłoby się włączyć do tej akcji i posadzić drzewko z okazji przyznania Oldze Tokarczuk Literackiej Nagrody Nobla. Myślałam też o innych polskich noblistach, chciałam jednak zacząć od Tokarczuk. Kiedy publicznie na zebraniu Polskiej Rady powiedziałam o tej inicjatywie, szef Biura Polonii zaproponował, że może dobrze było upamiętnić stulecie Bitwy Warszawskiej. Zgodziłyśmy się i we dwie, Ewa Maria Slaska i ja podjęłyśmy działania. Ale MY DWIE to już od wielu lat MY TRZY. I tak to Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i Ewa Maria Slaska stały się matronkami drzew. Ewa pisała już wyżej, że marzy się jej las, ale nawet ogromny las zaczyna się od pierwszego drzewa.
A my mamy już dwa!
Ale jak to w życiu współczesnym, marzyciele i marzycielki marzą, a życiem rządzą urzędnicy i pieniądze. Procedury. Otóż nie wolno sadzić drzew ot tak. W ramach akcji 330 tysięcy drzew dla Berlina nie dosadza się drzew w parkach. W rachubę wchodzą tylko ulice i tylko na miejscu już wytypowanym przez urząd (są odpowiednie listy). Teoretycznie można też samemu coś zaproponować, ale to tylko teoria. W obu naszych działaniach nie zdołałyśmy przekonać urzędników, żeby pozwolili nam posadzić drzewo tam, gdzie się nam „marzy”.
Posadzenie nowego drzewa na ulicy kosztuje 2.000 euro, a w sumie tej mieści się nie tylko sadzonka i akcja posadzenia drzewa, ale przede wszystkim opieka nad nim przez najbliższe trzy lata. To ważne, bo obecne suche i gorące lata wymagają regularnego i obfitego podlewania młodych drzew.
Sponsor wpłaca 500 euro, resztą finansuje miasto.
Nie minęło parę dni i sprawa nabrała tempa. Już w Zielone Świątki Samozwańczy Kobiecy Komitet Sadzenia Sadzonki (SKKSS) znalazł pierwsze fantastyczne miejsca na drzewo od Polaków i Polonii Berlina.
Pierwszym pomysłem była ulica Warschauer Strasse – ze względu na nazwę, ale też z uwagi na partnerstwo obu stolic oraz ówczesne rocznicowe obchody Bitwy Warszawskiej.
Nie dało się.
Kolejne fantastyczne miejsce to park Volkspark Friedrichshain i pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty. Jest tam nasze polskie godło narodowe, są napisy po polsku „Za Naszą i Waszą Wolność”. Pomnik był wielokrotnie „ożywiany” przez kolektyw Dziewuchy Berlin. Z inicjatywy Anny Krenz odbywają się tam happeningi, koncerty, pikniki. W ramach tych akcji Anna Krenz zaproponowała, by nie budować nowych pomników, tylko „oswoić” ten. Nadała mu też nową inkluzywną nazwę, „Pomnik Walczących”. Dobre miejsce na posadzenie drzewa.
Nie dało się.
Kolejnym miejscem, gdzie szukałyśmy miejsca na nasze drzewo, był Askanischer Platz. Miało to nawet jakiś powód, który teraz jednak uleciał nam z pamięci. Tak czy owak..
Nie dało się.
Wreszcie wytypowałyśmy nader oryginalne miejsce, bo sam środek Berlina, na Kreuzbergu. Tuż obok można by dosadzić nawet nowe drzewa, bo wichura złamała tu dwa drzewa. Marzyło nam, byśmy tu kiedyś posadzili drzewa dla naszych dwóch noblistek, Olgi Tokarczuk i Wisławy Szymborskiej. Można by zacząć sadzenie lasu. Ale wiadomo…
Nie dało się.
Urząd sam nam zaproponował piękne miejsce, na Friedrichstrasse, kawałek dalej na północ, naprzeciwko słynnego teatru. Zrobiliśmy już nawet rocznicowe uroczystości przy miejscu, gdzie zostanie posadzone nasze drzewo. Przybyli przedstawiciele Biura Polonii, Zjednoczenia Federalnego Polskich Rad w Niemczech i Polskiej Rady – Związek Krajowy w Berlinie. Uczciliśmy rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 roku. To tu miało rosnąć DRZEWO POLONII / BAUM DER POLONIA. Ale i tu…
Nie dało się.
Wreszcie w sezonie sadzenia drzew czyli późną jesienią 2020 roku na ulicy Friedrichstraße 130 C w 10117 Berlin, tuż przy murze stacji Friedrichstraße zostało posadzone piękne drzewo – buk piramidalny. Miejsce było znaczące – tuż obok przez kilkadziesiąt lat po wonie przebiegała granica między Berlinem Wschodnim a Zachodnim, między Blokiem Wschodnim a Zachodnim, słynna Żelazna Kurtyna i równie słynny Mur Berliński. W piątek 21 sierpnia 2020 roku spotkaliśmy się tu, aby przypomnieć słynny polski „Cud nad Wisłą“- zwycięstwo Polski nad Armią Czerwoną w wojnie polsko-bolszewickiej. Wojna miała jeszcze trwać do października 1920 roku, a traktat pokojowy został podpisany w marcu 1921 roku, ale Bitwa Warszawska miała dla niej znaczenie decydujące, nie tylko dla Polski, ale dla całej Europy. Tuż obok przez kilkadziesiąt lat po wojnie przebiegała granica między Berlinem Wschodnim a Zachodnim, a słynny dworzec kolejowy Friedrichstrasse z Trännenpalast (Pałacem Płaczu) był przejściem granicznym do wolnego świata. Na mapie Berlina przybył jeszcze jeden punkt polski.

I tak, w przeciwieństwie do tradycyjnych pomników, nasze drzewa żyją, rosną i zmieniają się. Brzozy Łukasza Surowca, drzewo Bitwy Warszawskiej, drzewo Ireny Bobowskiej… Są żywymi pomnikami. Rosną pięknie, hen do nieba niczym na przysłowiowych drożdżach. Młode gałęzie się zielenią. Radują się nasze dusze, Krysi, Ewy i Eli, bo MY TRZY działamy razem.
Te piękne inicjatywy wpisują się w historię miasta. Skierowane są do multikulturowej berlińskiej publiczności, są naszym wkładem do polsko-niemieckiej debaty o historii w odniesieniu do teraźniejszości.
Dało się!
Komentarze


Artykuł przeczytało 672 Czytelników


