Sztuka w klimacie Kreuzberg: Görlitzer Park

 

Stefan Wiesław Fiszbach pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie rozpoczął edukację i karierę… sportową jako zawodnik mistrzowskiej drużyny piłki siatkowej oraz członek młodzieżowej kadry Polski.

Pierwsze doświadczenia rysunkowe i malarskie zdobywał już we wczesnym dzieciństwie, jako uczestnik kursów w Młodzieżowym Domu Kultury, w ślad za czym przyszły nagrody w konkursach międzynarodowych w Delhi i Londynie. Od 1974 roku jest nauczycielem akademickim Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego. Jest też trenerem judo.

Od 36 lat artysta związany jest Berlinem, od 2005 roku prowadzi w berlińskiej dzielnicy Neukölln galerię NaKole, gdzie wystawia zarówno swoje prace, jak i zaprzyjaźnionych artystów z Niemiec i Polski. Był pomysłodawcą i realizatorem projektu Moje Miasto – cyklu wystaw fotografii, rysunku i malarstwa.

Jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków, Stowarzyszenie Artystów Integracji Europejskiej  w Szczecinie oraz założycielem Europejskiego Stowarzyszenia Inicjatyw Kulturalnych NaKole. Brał udział w wystawach w Polsce i Niemczech m.in. w Berlinie, Luckow, Penkun, Strasburgu, tak zbiorowych jak indywidualnych.

Z uwagi na doświadczenie sportowe często również w sztuce zajmuje się tematyką sportową, np. w cyklu pt. Sport jest sztuką. Artysta twierdzi, że sztuki nie można przypisywać jedynie duchowi, a sport nie jest tylko sprawą ciała. Malarska wizja artysty ekspresyjnie pokazuje dramatyczną walkę o zwycięstwo ale i z sobą samym. Motywy sportowe są też metaforą walki dobra ze złem, walki człowieka z własnymi słabościami, walki z przeciwnościami losu.

Od dawna Fiszbacha interesują także sprawy społeczne. Cztery lata temu zaczął rysować ludzi z pobliskiego Görlitzer Park. Spacerowiczów, ale też narkomanów, bezdomnych, dealerów. Na miejscu powstają szybkie szkice.  W pracowni te niewielkie rysunki zostają powiększone i przeniesione na duże kartony oryginalną własną techniką, którą nazwał inkografią.

***

 

Stefan W. Fiszbach, z blogu „Nie tylko pędzlem”


W pracach rysunkowych, powstających w pobliskim Görlitzer Park, poruszam problemy współczesnego człowieka. To tam znajduję inspirację do szybkich szkiców, rejestrowanych za pomocą kreski, którą doskonalę od 5 roku życia. To trudne zadanie, bo sytuacja w parku jest niezwykle dynamiczna i tę akcję muszę zarejestrować bez poprawek.
Moje prace są wyrazem niepokoju, troski o przyszłość, mają skłaniać do refleksji nad nieuchronnością zjawisk a także stanowić swojego rodzaju memento, które jest wyrazem mojej wrażliwości. Jako uczestnik realnego życia, troskę swą kieruję przede wszystkim – co zrozumiałe – ku rodzinie i młodym ludziom u progu dorosłości. To za ich pośrednictwem mam szansę dotknąć czasu, który ma dopiero nadejść.

Goerlitzer Park żyje, dolinę okrywa narkotyczny dym, snują się dealerzy, młodzi ludzie pod wpływem używek przechodzą w wymiar błogiego niebytu.
Siadam na ławce, wyciągam kredki i szkicownik, obserwując dolinę, zadaję sobie pytanie: ilu z nich powróci do realnego wymiaru a ilu znalazło się w tej przestrzeni bezpowrotnie…”

Dolina jest dziś inna , zresztą, jak każdego dnia. Dzisiaj o 20.00 opanowana przez młodych ludzi tętni rytmem tam-tamów, kosmicznymi dźwiękami transcendentu i zapachem marihuany. Metalicznymi drganiami strun skręcającymi się wzajemnie w niewiadomym im i nikomu kierunku, to znów łączą się nieskończonymi przestrzeniami z głuchym łoskotem, stalowym pomrukiem szyn, Jednak dzieci Görlitzer Park są młodzi i mają w dupie i tylko ona ich kręci o tej porze dnia, jak i całą przestrzeń ich otaczającą , zwaną naturą. Odnawiające się ciągle kontuzje zatrzymują mnie w domu. Odwiedzając dolinę, zauważam, że niby nic nie zmieniło się w ciągu miesiąca, szczególnie w wymiarze kosmicznym ”wielkiego wybuchu”, a jednak odczuwam tę tak drobną „zmianę” w zegarze czasu ustawionym tylko dla mnie. Komu będzie nastawiony ponownie, gdy się u mnie zatrzyma? Są różne teorie, próbujące oswoić śmierć – pogodziłem się z tym, że żadna trumna, jak i żaden impregnat, nie ustrzegą mnie przed „żarłocznością” grabarzy, przerabiających nasze resztki do podstawowych składników atomu, które to, na powrót łącząc się ze sobą, inicjują powstawanie nowego życia.

Proces prokreacji i związane z nim przekazywanie genów jest sensem naszego życia, doświadczanym radością – szczęściem, gdy tulimy nasze potomstwo.

Jest godz. 9.00, a ja już w „Görli”. Jest prawie bezludnie i tylko wrony wyciągają z koszy resztki pozostawionego przez ludzi żarcia, rozwalając w koło po trawie. Siadam. Zajechało mocno zapachem kupy z krzaków, odchody ludzkie strasznie śmierdzą.

Po drodze młoda Afrykanka z fest okaleczoną nogą, próbowała podnieść się z ziemi. Cygańska rodzina koczowała na trawie w krzakach okalających siatkę boiska, głośno porozumiewając się po polsku. Grupa policjantów spacerowała wesoło gwarząc, pewnie natkną się na siebie. Gdzieś w oddali rozleniwione spóźnionym snem ciało młodego człowieka na ławce. Pierwszy łyk piwa chłodzi spękane wargi nocnych wojowników, wyznawców wódki „Korn”. Z krzaków wyłonił się młody szczurek, popatrzył na mnie, usiadł na tylnych łapkach.

Z głębokich zarośli obłąkane okrzyki czarnego człowieka. Nie doszedł jeszcze do siebie po wieczornej obławie policyjnej. Młody człowiek o rudych włosach zapytał mnie, czy nie widziałem czerwonej saszetki, którą skradziono mu wczoraj. Łudził się, że złodziej porzucił choć dokumenty.

W słońcu jest już prawie 30 stopni. Wrony przeniosły się na drzewa a wybebeszone kosze i rozrzucone dookoła śmieci, świadczą o zakończonym posiłku. Wśród drzew i krzewów widać białe punkciki – oczy handlarzy „marihuany”. Żadnych białych ludzi wokół. Dolina kurczy się spalonym, śmierdzącym olejem z grilla „Longobardów” z Anatolii. Ich dzieci wrzaskiem wypierają zapach marihuany autochtonów. Czy to początek końca starej Europy, jak wieszczą defetyści?

 

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 150 Czytelników
Pin It