Aspekty wiary

W obliczu obecnej epidemii, z którą przychodzi nam się mierzyć mamy teraz więcej czasu na przemyślenia. Zauważamy, jak ważne jest współdziałanie i zrozumienie powiązań, w których funkcjonujemy na co dzień oraz wzajemne wspieranie się. Obserwujemy wiele przykładów bezinteresownych działań, mających na celu wspieranie i niesienie pomocy innym. Widzimy aktywność osób niosących wsparcie tym, którzy teraz najbardziej tego potrzebują, by ich codzienne życie było możliwe i choć trochę bardziej radosne.

Współczesny świat przyniósł ze sobą wiele zmian, zmienił ludzką mentalność, przesiał ją dokładnie pomiędzy narodowości, rasy i religie. Nic już nie jest jak dawniej, człowiek kieruje się zupełnie innymi wartościami. Dzisiaj maksyma znanego polskiego poety i dramatopisarza Adama Mickiewicza:”Miej serce i patrzaj w serce” nabiera w dobie pandemii wielkiego znaczenia. Powinniśmy patrzeć na drugiego człowieka, poprzez dawanie odruchów serca, niekoniecznie w materialnej postaci, a zwykłej ludzkiej życzliwości.

W ostatnim czasie wiele się mówi o kościele, ludziach kościoła, wierzących katolikach. Dobrze się stało, że temat ten przestał być tabu, że można swobodnie poruszać problemy współczesnego świata, także kościoła, który dotąd był wręcz nietykalny. Wielokrotnie zamierzałam wypowiedzieć się odnośnie wiary i kościoła, zwłaszcza teraz, kiedy głośno zrobiło się wokół najwyższych jej urzędników. Poczułam wewnętrzna potrzebę podzielenia się moją obserwacją i doświadczeniem. Z góry zaznaczam, że osobiście nie doznałam żadnej krzywdy ze strony ludzi kościoła, jednak kwestia wiary budziła moją ciekawość niemal od dziecka.

Znane stwierdzenie papież Franciszka, że „nie trzeba chodzić do kościoła i wierzyć w Boga by być dobrym człowiekiem” pasuje idealnie do mojego stylu życia i systemu wartości, jakimi kieruje się w życiu. To maksyma, która oddaje moje przemyśliwania, one towarzyszą mi w życiu codziennym.

Czym dla człowieka jest wiara? Dojrzała wiara to więź osobowa z Bogiem całego człowieka, a więc jego rozumu, serca i woli. Wiara w Boga, to nie tylko jakaś deklaracja. Wiara, która nie sprawdza się w życiu, która nie kształtuje postępowania – to wiara martwa.

Wiary katolickiej nie zaszczepili mi rodzice, z tego też powodu nie wzbudziło to we mnie potrzeby chodzenie do kościoła na mszę, na naukę religii i codziennego modlenia się przed kiczowatym obrazem. Owszem, jako małe dziecko pod przymusem chodziłam do kościoła, bo tak chciał mój ojciec, który tłukł po głowie ciężką łapą każdego, kto migał się. Matka nie mogła się wtrącać, ani nas bronić, ponieważ sama obrywała, zazwyczaj najwięcej z nas wszystkich. Z lat dziecięcych pamiętam ojca, który odpicowany w każdą niedzielę chodził do mszę, a kiedy wracał do domu wszyscy chowali się po kątach, bo nie wiadomo było kogo wybierze sobie na ofiarę. Jego postawa i zachowanie dawało mi wiele do myślenia i już jako małe dziecko zadawałam ojcu niewygodne pytania: modliłeś się do diabła czy do Boga, dlaczego krzyczy na nas z byle powodu (była nas szóstka rodzeństwa), czemu bije matkę, aż krew tryska po ścianie, dlaczego znęca się nad bratem podczas odmawiania pacierza w momentach, kiedy pomyli słowa? Patrzył na mnie gniewnym wzrokiem, jakby chciał w tym momencie wystrzelić nabój w moim kierunku. Jedno, co mi pozostało z tego okresu to fakt, że nie bałam się mówić własnym głosem.

W domu rodzinnym panowała przemoc fizyczna i słowna,ojciec zdominował swoją agresją nas wszystkich. Z nikim się nie liczył, nie pamiętam czułego i radosnego ojca, nikt też nie wierzył mu, kiedy mówił do nas, że grzeszymy bo nie chodzimy do kościoła. Nam powiadał, że Bóg jest wszędzie, w takim razie, już wtedy, jako mała dziewczynka miałam swego Boga w sercu. Tak samo, jak pewne zwyczaje chrześcijańskie podczas świąt czy uroczystości religijnych. Mając zakodowany w pamięci przykazania boskie były one dla mnie poniekąd drogowskazem i wyznacznikiem etyczno – moralnym. Dzieciom powtarzałam, że muszą szanować bliźniego, jak siebie samego, co czyni ich dobrym człowiekiem.

Zagorzałą katoliczką nigdy nie byłam, natomiast bardzo chętnie lubiłam słuchać kazań i wypowiedzi niektórych księży, choć ich nauki nie zawsze miały odniesienie w realu. Wybór papieża Jana Pawła II wzbudziło mój prawdziwy entuzjazm, którego kazania mogłam słuchać nie patrząc na zegarek.

Miałam nawet okazję zobaczyć papieża w Berlinie na stadionie olimpijskim w 1996 roku. Był i pozostał dla mnie największym moralnym autorytetem, w Janie Pawłem II poczułam moc wiary w istnienie Boga, w którego właściwie nigdy nie wątpiłam. Wiem, że istnieje we wszechświecie jakaś siła boska i wg naszego papieża jest to – miłość. To cnota ponad cnotami, – jak powiadał – każdy chrześcijański akt nie ma innego źródła niż miłość ani nie ma innego celu niż miłość. Papież Jan Paweł II kochał ludzi i tę miłość miał wypisaną na twarzy, był nadzwyczajnym darem dla Kościoła, miał w sobie dużo wrażliwości i pokory.

Szukając wyjaśnienia czym dla chrześcijanina powinna być miłość sięgnęłam do książki Jana Pawła II, gdzie przeczytałam, że miłość jest „cierpliwa, dobrotliwa, nie jest chełpliwa, nie nadyma się, nie myśli nic złego, nie raduje się z niesprawiedliwości”, jak również, że „…kto się więc boi nie jest doskonały w miłości”….

A co dzisiaj słyszymy z ust katolickich wiernych, polityków, a nawet księży ? W ich narracji dominuje niechęć do inaczej myślących, a nawet złość, w ich wypowiedziach, kazaniach zamiast przynosić nadzieję, napawać wiarą, przygnębiają i potęgują niepokój.

Czy można wierzyć w Jezusa Chrystusa nie mając udziału w Jego Duchu, że owocem Ducha jest „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie.” W obliczu tych słów : jak można mówić, że wierzy się w Jezusa Chrystusa jednocześnie w swojej postawie demonstrując niechęć, pogardę, a nawet nienawiść? Czy tak powinna być interpretacja otaczającej nas rzeczywistości, czy jest to przejaw wiary w Boga ? Mam poważne obawy, że większość ludzi tak głośno demonstrujących swój katolicyzm, nie ma pojęcia, co to znaczy być prawdziwym katolikiem w interpretacji „punktu odniesienia” – Katechizmu Kościoła Katolickiego.

Nieraz obserwuję ludzi, zwłaszcza tych na szczytach władzy demonstrujący przynależność do wiary i kościoła. Po co oni to robią – zastanawiam się? Co widzę w ich twarzach i ich postawach? No, na pewno nie jest to miłość! Wiara jest sprawą prywatną człowieka.

Przykładów dobrych katolików nie mam za wiele, jednak oni żyją wśród nas i co ciekawe nie potrzebują rozjaśniającej lampy. Na swej drodze spotkałam księży: biskup Alfred Nossol z Opola, Adama Bonieckiego z Krakowa i Wojciecha Lemańskiego z Warszawy. Każde spotkanie z nimi to była prawdziwa uczta duchowa.

O niezwykłym księdzu usłyszałam z ust mojego wujka z Kąclowej, który często opowiadał o księdzu Adamie Kaźmierczyk z parafii Św. Katarzyny z Grybowa.http://www.sbc.nowysacz.pl/Content/1584/Almanach_76-77.pdf

Był to kapłan według Serca Bożego, który dla zbawienia drugiego człowieka był gotów poświęcić wszystko. Tak było w jego codziennym długim życiu. Dla niego każdy człowiek był wielki. Nie ważne było dla niego pochodzenie i stan społeczny. Nie liczyło się to czy ma do czynienia z człowiekiem bogatym czy biednym, małym czy wielkim, zagubionym czy żyjącym jak prawdziwy chrześcijanin. Znał swoich parafian po imieniu, bardzo troszczył organizował dla nich nabożeństwa, spotkania opłatkowe. Otaczał opieką młodzież i studentów. Uśmiechnięty, zawsze bezpośredni, pierwszy nawiązywał kontakt ze spotkanymi ludźmi, pytając o potrzeby dnia codziennego. Służył nie tylko opieką duchową, ale i pomocą materialną. Opowiadał mi wujek, że podczas kolędy ksiądz Kaźmierczyk poprosił go, by kupił węgiel i zawiózł pod wskazany adres. Oczywiście zrobił to, bo takiemu księdzu się nie odmawiało, który całe życie służył w niełatwych sprawach swoich parafian. Takim zapamiętają go ci, którzy go znali, a na pewno mieszkańców Grybowa i okolic.

A propos ludzi kościoła, wielokrotnie doświadczyłam zdumiewające postawy, zwłaszcza sióstr zakonnych.

Moi dwaj budrysy – tak nazwałam moich synów- , któregoś razu poszli do kościoła pomagać przy rozładunku darów z zachodu. Jak to dzieci, liczyły na hojna rekompensatę w postaci banalnych rzeczy, jak: gumy do żucia, czekolady, pomarańczy czy paczkę kawy dla mamy. Nic z tych rzeczy, siostry dały margarynę i olej, a lepsze dobra przekazywane były do kurii biskupiej, gdzie raczono się wybornym towarem. Nigdy więcej chłopcy nie poszli pomagać, podobnie było z rozdawaniem zagranicznej odzieży. Siostry biednym dzieciom dawały szmaty, a bogatym luksusową odzież. Wiem o tym ponieważ – już raz wspominałam ten przypadek – byłam świadkiem, kiedy córki znanego sportowca przyniosły do domu piękne ciuchy, natomiast mojej biednej sąsiadce syn przyniósł bezużyteczne szmaty, których nikt nie chciał nosić. Nie omieszkałam zadzwonić do kurii i zwrócić uwagę, że to wielce upokarzające zarówno dla jednej, jak i drugiej rodziny. Czy to coś pomogło, nie wiem?

W przeszłości kierując placówką oświatową zatrudniłam dziewczynę, która wcześniej pracowała w kurii biskupiej. Od niej usłyszałam, jak naprawdę traktowany jest personel obsługowy, co było powodem, ze musiała odejść ponieważ nie mogła znieść poniżających usług. Opowiadała też w jakich luksusach opływają księża, co mnie mocno dziwiło, zawsze myślałam, że żyją skromnie.

Dzisiaj, kiedy piszę ten artykuł dowiaduję się szokujących rewelacjach o kardynałach, biskupach w Polsce z Janem Pawłem II w tle. Rozumiem, że nie ma idealnych ludzi, nawet święci nie są bez skaz. Polski papież zaszczepiał w nas miłość boską, która jest oznaką człowieczeństwa. Człowiek, który nie potrafi kochać zatraca swoje człowieczeństwo.

Miłość jest podstawową potrzebą człowieka, jest największym motorem ludzkich działań, ludzie jej pragną, poszukują. Dawajmy sobie zatem więcej miłości na co dzień, nie tylko od święta.

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 135 Czytelników
Pin It