Czas nie zaciera śladów

Wspomnienie…

                                                                                                                     A dom wciąż stoi…

 

i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa…Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w jednej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam jakiś irracjonalny strach ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.

Zwłaszcza, że czas nieubłaganie pędzi i z każdym krokiem-jak to mówią -”zbliża nas do wieczności”…                                                                                                                         

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością-mój dom rodzinny. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę.

Jest  w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to coś jest we mnie od lat.                                                                                                                            

Co więcej-ta stara, poczciwa  CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że-kiedy się na nią patrzy z zewnątrz- przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze jest to, że jest nasza i że wyzwala     wspomnienia, dzięki którym można się przenieść w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już  pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie i  nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które  widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on swą barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat! Dzisiaj myślę o tym z wielkim sentymentem i czułością ,a moje wewnętrzne dziecko przeżywa renesans.

Przewrotność losu…A może dar?

Tak się złożyło, że los rzucił mnie do miasta. Najpierw była to stolica polskiej piosenki, czyli Opole, a na emigracji-stolica kraju graniczącego od strony zachodniej z Polską. Jakby na to nie patrzeć-miasto odebrało mi zieleń, która  w dzieciństwie była moją oazą. To, co wypełniało całą prawie moją życiową przestrzeń, tu-w  mieście- znajdowało się zaledwie pomiędzy blokami mieszkalnymi albo w parku. Czy moim losem rządził bardziej przypadek, że tak się stało, czy konieczność?  A może tak właśnie miało być?! Może to  przeznaczenie?! Sama nie wiem…Ale wiem na pewno, że nie wolno licytować się z losem, bo ponoć to, co zostaje nam dane, należy przyjąć takim, jakie jest, bowiem życie to szkoła pokory.

W moim berlińskim mieszkaniu sporo na regałach pamiątek, ale najważniejsze są fotografie mamy, dzieci, wnuczek…Mam ich na wyciągnięcie ręki i czuję, jak płynie od Nich dobra energia, a zło tego świata  w jednej chwili przestaje mnie dotyczyć. Są przy mnie i we mnie, ale czasem to za mało. Chciałoby się Ich dotknąć, przytulić…Ale to niemożliwe, więc uciekam we wspomnienia, bo tam są  naprawdę.

 

Śladem wspomnień…

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał…I choć  nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał.  Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, ale nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie  przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

Rozmaite drogi prowadzą do wsi, gdzie znajduje się NASZ dom, ale ja zazwyczaj wybieram jazdę autobusem. To wielki komfort móc rozsiąść się przy „panoramicznym” oknie i do woli kontemplować mijane widoki, na które składają się przydrożne kapliczki i krzyże, wieże kościelne, mosty, rzeki…. Trasa wiedzie przez Śląsk i Małopolskę – region bogaty w bujną  zieleń lasów i łąk, a więc to, co kocham od zawsze.

W tych stronach  dopiero czuję, że jestem u siebie. Inaczej, niż na obczyźnie, gdzie jestem wygnańcem bez ziemi, bez cioci, wujka, brata, kuzynki, bez pola, ogrodu i łączki…

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i  obserwować „śmigające” rybki, także  wspinaczkę po drzewach i  zaglądanie do dziupli. Pamiętam, że również bieganie po łąkach za motylami i  zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi  było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

ciąg dalszy nastąpi…

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 170 Czytelników
Pin It