Czas relaksu – lato 2020

Wspomnienie

W dobie panującej na całym świecie pandemii zmieniły się nieco urlopowe podróże, już nie wybieramy dalekich egotycznych miejsc, kierujemy się raczej w miejsca  znane i bliskie gdzie można poczuć  ducha przeszłości. Człowiekowi jakoś trudno zrezygnować z urlopowych wojaży, tego czegoś, co jest dla niego przyjemnością, zwłaszcza w okresie letnim. To czas najlepszy na zmianę otoczenia, zatem i ja przyspieszyłam decyzję wyjazdu do Polski, w region z którego pochodzę czyli Beskidu Niskiego, a dokładnie Sądecczyzny.  Wciąż mnie tam gna nostalgia, do rodzinnych stron, górskich klimatów i niezwykłych ludzi, z którymi  uwielbiam ucinać pogawędki w iście krakowskim slangu.

– Nie godej!- słyszę często od rozmówców, kiedy dziwią się czemuś tam.

Ludzie tutaj są serdeczni, życzliwi, dzielący się dobrem z działki, ogrodu, pola, lasu, domowych wypieków, a nawet ptactwa, jak choćby w przypadku przeziębienia rosołek z kogutka od sąsiadki ma magiczną moc, leczy natychmiast.  Krakusy – bo tak się sami określają – cenią sobie dobrosąsiedzkie stosunki, wszak wiąże ich przywiązanie do ziemi, o którą dbają i szanują, ażeby Matka żywicielka dobrze służyła ludzkości.

W młodości  spędzałam niemal każde wakacje w podkrakowskiej wsi i było to najlepsze miejsce wypoczynku oraz błogiego lenistwa. Wieś ma niezaprzeczalne uroki – piękno natury, piękno zapisane w prostocie, w trudzie pracy człowieka. Wieś – bliska, wieś – daleka…
Wieś – to moje dzieciństwo, a więc najwspanialszych wspomnień czar…
To miejsca, do których co roku z rozrzewnieniem wracam. Kiedy tutaj jestem przypominam sobie stare czasy ubijania masła, wyciskania pod prasą białego sera i smak serwatki mającej wiele zastosowań. Na wsi było zawsze głośno i wesoło, zewsząd słychać było gdakanie kur, kwakanie kaczek i szczekanie psów. Lubiłam opiekować się krowami, królikami i kurami, gęsi omijałam z daleka. To były też czasy, kiedy wiele rzeczy trzeba było zrobić samemu bo galerii handlowych jeszcze nie było, jedynie jeden sklep na mieście. Były to także czasy tradycyjnego ubioru w niedzielę, obrządków, których w mieście nikt nie odprawiał, czas sielanki, czas picia mleka prosto od krowy, pieczenia chleba i jedzenia słodkiego podpłomyka. Co z tej tradycji ostało się dzisiaj? Niewiele, może jedynie to, kiedy po kościele rodzina zasiada do stołu, gdzie serwowany jest obiad w niedzielnej zastawie z tradycyjnym rosołem z kury, schabowym z ziemniakami i kapustą popijany kompotem owocowym. Do dzisiaj pamiętam smak tych potraw, na które jestem łasa, aż mi ślinka leci, kiedy o tym piszę.

W Krynicy zakotwiczam się zazwyczaj u brata  w dzielnicy  willowej czyli prawie na wsi, gdzie „wstawanie z kogutem” nie jest dla mnie żadnym problemem. Rannemu budzeniu towarzyszy mi szumiący potok, który działa uspokajająco, ale też przysparza zmartwień po intensywnych ulewach, kiedy staje się groźny.

Nie potrafię słowami oddać czar tych niezwykłych chwil, narodzin nowego dnia.

Och, „jak dobrze wstać, skoro świt, jutrzenki blask duszkiem pić”..-  nieśmiertelna piosenka ze słowami Jonasza Kofty Radość o poranku.  Wiem jedno, że warto pokonywać trudy podróży, setki kilometrów, by doznawać radości budzenia się dla chwil pełnych uniesień.

Uwielbiam oglądać wiejskie zabudowania, które wzbudzają zachwyt u  zwykłych zjadaczy chleba z blokowisk. W dni powszechne gospodarze domów jednorodzinnych mają ciągle coś do zrobienia, jak nie zapasy na zimę to wokół domu grabienie liści, koszenie trawy, pielenie grządek, malowanie płotu, orka na polu. Nie mają czasu na biesiadowanie, wypoczywają jedynie w niedzielę, która jest prawdziwym świętem. Spacerując w sobotę po dzielnicy wyczuwa się zapach wędzonych kiełbas, smażonych mięs, kotletów, kurczaków, wypieku aromatycznych ciast. W niedzielę domy odpicowane są na medal, wszystko wokół kwitnie i wygląda piyknie, jednym słowem sielsko, anielsko, iście tuwimowski wiejski klimat ze śpiewem ptaków, sceneria niczym z wiersza  „Cel”Juliana Tuwima.

 

….Szukałem tego w Paryżu, szukałem w Berlinie i Rzymie
a to za oknem było i miało polskie imię.
Myślałem , że to potęga świat nowy, nowe dzieje
A to ogródek wiejski, co się kwiatami śmieje. 
A to groszek pachnący, georginie i malwy
wymalowane słońcem w proste włościańskie barwy.”

Koronowirus u każdego z nas zasiał niepokój, także  u większości mieszkańców tegoż regionu. Miałam pecha, bo przez tydzień Nowosądeckie znajdowało się w strefie czerwonej, co oznaczało całodzienne noszenie maseczek, zamknięte sanatoria, odwołane imprezy kulturalne. Najbardziej znany kurort w Polsce w środku sezonu stał się miastem widmo, na Deptaku panowało całkowite pustkowie, bez jednego spacerującego człowieka. Mieszkańcy Krynicy wobec obostrzeń sanitarnych nie mieli ochoty wychodzić z domu i trudno się temu dziwić. Smutny był to widok patrząc na zamknięte budynki sanatoryjne, restauracje, kawiarnie, kina. Największym jednak dramatem, jaki przeżywała Krynica było odwołanie Forum Ekonomicznego, z którego miasto czerpie korzyści, zwłaszcza właściciele hoteli, restauracji. W tej części regionu większość ludzi zatrudniona jest właśnie w tych miejscach. Lęk o egzystencję, utratę pracy i konieczność zamykania działalności biznesowej – to tematy, które nie schodziły z ust zatroskanych mieszkańców.

W drugim tygodniu kwarantanny, kiedy zapanowała żółta strefa życie społeczne w miarę powracało do normy, zjeżdżali się turyści, kuracjusze, co oznaczało, że można było korzystać z zabiegów w obiektach sanatoryjnych, co było dla mnie zbawienne.

Panująca pandemia właściwie mnie osobiście w niczym nie ograniczała, zakazu wędrowania po szlakach nie było, tak samo jazdy na rowerze czy spacerze podczas których delektowałam się roztaczającymi widokami na zielone wzgórza tworzące malowniczą panoramę. Prawdziwy raj dla spacerowiczów i zwolenników turystyki aktywnej w otoczeniu przyrody, dodatkowo Krynica oferuje bogactwo wód mineralnych z nowoczesną bazą rekreacyjną.

Każdego dnia organizowałam sobie piesze wyprawy odkrywając nieznane mi zakątki Beskidu Niskiego. Wspólnie z rodziną zdobywaliśmy dwa szczyty górskie Lackowa i Radziejowa, dotarłam do połowy trasy ze względu na kontuzje kolana. Z bratem pokonywaliśmy 20 km trasę rowerową z Krynicy Zdroju do Muszyny zwiedzając po drodze cerkwie w Powroźniku, zabytkowe mury Zamku w Muszynie oraz Ogrody Sensoryczne. Korzystałam też z picia wód leczniczych i zabiegów w grocie solnej dla wzmocnienia pracy płuc, w czasach pandemii dobrodziejstwo dla zdrowia.

W trzecim tygodniu wyruszyłam do Karpacza gdzie uczestniczyłam w Forum Ekonomicznym, o czym już wspominałam na moim blogu. Pobyt w Karpaczu wykorzystałam na wędrówki po górach, raz tylko wybrałam się do miasta po czym szybko pognałam do hotelu stwierdzając, że nie dla mnie tłumy wysiadujących w kawiarniach i restauracjach. W górach czułam się, jak wolny ptak, pomimo wielkiego wysiłku fizycznego, jaki potrzebowałam na dotarcie do celu wyprawy, jak: Samotnia, Domu Sląskiego pod Śnieżką. Dziwiłam się samej sobie, że dałam radę, a młoda już nie jestem.

  Góry są dla mnie miejscem szczególnym, gdzie wraz ze wzrastającą wysokością zmienia się perspektywa na dotychczasowe życie. To taki moment, kiedy normalne życie zanika, lub odwrotnie – w którym się ono pojawia, jest źródłem szczególnego objawienia, pewnego zdumienia i refleksji. W górach trzeba zmierzyć się z własnymi możliwościami, wykonać pewien wysiłek i jest to, czego potrzebuję – mistyki, szukania czegoś wyjątkowego, co człowieka motywuje i satysfakcjonuje. Będąc w górach szukam zawsze wolności, już  samo przebywanie eliminuje natrętne myśli, uspokaja i daje człowiekowi nieograniczony kontakt z przyrodą – poczucie wewnętrznego wyzwolenia, oczyszczenia, niezależności.

Wylegując się na wonnej łączce doznaję uczucia nieograniczonej radosnej wolności. To chwile, kiedy zapomina się o problemach życia codziennego, bo nie myśli się o tym, co przeminęło. Liczy się tylko ta wyjątkowa chwila zauroczenia pięknem, która człowieka otacza. W samotnej wędrówce po szlakach górskich nie istnieje świat zewnętrzny, zgiełk i pośpiech, jest tylko natura i życie razem z jej rytmem.

Każdorazowo pokonując wyznaczone sobie cele człowiek czuje się lekki, pomimo zmęczenia, to taki stan oczyszczenia z trosk i codziennych problemów. Co ciekawe, upartością i silną wolą pokonywałam często samą siebie idąc np. przez 6 godzin na pieszo z Karpacza do schroniska Samotni, tam i z powrotem. Wysiłek ogromny, lubię wyzwania i fizyczne zmagania hartując zdrowie na zimowe czasy.

Dzisiaj, będąc już w berlińskim domowym ciepełku z przyjemnością oglądam zdjęcia z miejsc, które mnie zachwyciły i dawały radość przebywania. Nic bardziej mnie nie relaksuje, jak malownicze widoki, cudowne wschody i zachody słońca, szum płynącego potoku górskiego,  piękno wzgórz, dolin, jezior, lasów i wodospadów. Naładowałam dużo dobrej energii potrzebnej na wzmocnienie ciała i umysłu, by jak najdłużej zachować sprawność i dobre samopoczucie.

Ostatni etap mojej podróży to Opole – czas z najbliższą rodziną, spotkania ze znajomymi, ale też samotna włóczęga po starych „kątach” i odkrywanie nowych miejsc.

Pobyt w Polsce starałam się intensywnie przeżyć, nikt z nas nie wie, czy  za rok będą w ogóle możliwe podróże? Póki co celebruję codzienność w każdym miejscu gdzie jestem, to niezwykły dar od losu, jaki się przytrafia, że żyje tu i teraz!

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 125 Czytelników
Pin It