Zróbmy coś razem

Fotografie to wspomnienie, powrót do przeszłości, prawdziwy wehikuł czasu. Gdy w mojej wielotysięcznej fototece szukam zdjęcia do jakiegoś artykułu, z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy w środowisku polonijnym było całkiem dobrze, przyjaźnie, serdecznie. Spotykaliśmy się ze sobą w ogrodach Ambasady, Instytucie Polskim, na Finałach WOŚP, ważnych uroczystościach w kościele, na Zjazdach Polonii, Kongresach Konwentu, wernisażach, koncertach noworocznych, spotkaniach wigilijnych, obchodach rocznicowych, festynach etc. Na każdym z tych ewentów przemawiał do Polonii i Polaków Ambasador, Konsul i jakoś nikt wtedy nie miał pretensji, że dany osobnik popiera lub jest przeciwnikiem prezydenta Wałęsy, Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Kaczyńskiego czy Rządu Pawlaka, Buzka, Millera, Bieleckiego, Cimoszewicza czy Marcinkiewicza. Owszem, różniliśmy się od siebie pod wieloma względami, wszak każdy z nas to indywiduum, wartościowy Polak, także ten na emigracji, który najlepiej jak potrafi, dba o pozytywny wizerunek Polski w Niemczech. Nie było wtedy tak, jak jest dzisiaj, że odwracamy od siebie wzrok, omijamy się szerokim łukiem, że na widok Magdy, Bożeny, Wojtka, Andrzeja przechodzimy na przysłowiową drugą stronę ulicy, nie pozdrawiając się nawet. Dziwię się, że można, tak zwyczajnie czuć się z tym dobrze, okazując swoją „wyższość” w stosunku do drugiego człowieka, którego się kiedyś znało.

A przecież wielu z nas, dawnych działaczy, przecierało w przeszłości szlaki polonijne, tworząc stabilne struktury organizacyjne, które przetrwały do dziś lub, jeśli im podcięto gałęzie – nie przetrwało. W instytucjach, które przetrwały zmienili się tylko liderzy, którzy przyszli na gotowe! Tak, na gotowe i trzeba to jasno powiedzieć! Nowi z kolei nie czują potrzeby, by dawnym długoletnim prezesom lub tym, którzy położyli wiele zasług dla danego związku czy stowarzyszenia oddać cześć i honor w postaci choćby tytułu honorowego członka? Niektóre organizacje stosują tę zasadę, jednak większość nie!

W tym miejscu chciałabym wspomnieć o kilku osobach, którym zawdzięczamy wspieranie struktur polonijnych, jak np. Pani Bronisława Karkos, która przy obchodach rocznicowych Rodła zachęcała młodych ludzi do wstępowania do Związku Polaków spod Znaku Rodła. Dziś wszyscy wiemy, co się stało od czasu, kiedy weszli nowi. Po prostu nadali temu zasłużonemu Związkowi oblicze odwiecznej walki z wyimaginowanym wrogiem, choć sami są wrogami każdego, kto inaczej myśli, kto ma swoje zdanie, kto nie podlizuje się władzy. My prostu słuchamy samych siebie, głosu serca wewnętrznego mając zaufane do siebie samego, czyli każdy z osobna pozostał sobą dla siebie i dla innych.

Pani Aleksandra Proscewicz założyła Dom Polski, który przez 5 lat tętnił życiem kulturalnym niczym dziesięć Instytutów Kultury razem wziętych. Tego miejsca już nie ma, Aleksandra nie udźwignęła ciężaru finansowania instytucji w czasach, kiedy Polska do Unii Europejskiej nie należała, więc nie znane były projekty kulturalne. W przeszłości nie brakowało sponsorów, mecenasów kultury, którzy udzielali wsparcia finansowego dla artystów, organizacji czy instytucji takich jak Dom Polski, a byli to: LOT, Organizacja Turystyczna POT, Kulczyk Henryk, VOX Moebel, BP Darpol, Berpol, Firma Winiarski, Marianna i Andrzej Klon oraz inni. Dziś trudno o sponsoring, o czym przekonuje się inicjatorka założenia Domu Polskiego, Marzena Nowak. Były to złote czasy Polaków i Polonii w Berlinie, aż się łzy w oczach kręcą, gdy przypominam sobie przeszłość, znajome twarze, miejsca i emocje, które nam towarzyszyły.

Wiesław Lewicki przez długie lata walczył o Biuro dla Polonii, co też udało się z nawiązką. Ba, strona niemiecka przyznała nawet fundusze na dodatkowe etaty, co było dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Właśnie z powodu pieniędzy dziś to kość niezgody wśród tych, którzy mają chrapkę na stanowisko kierownika/czki. No cóż, nieobecni nie mają głosu, skoro zrezygnowało się z członkostwa Konwentu, który dla niemieckiej strony jest partnerem kontaktowym.

Pamiętam czasy, kiedy kierownikiem Biura został Aleksander Zając. Odwiedzali Biuro liczni działacze, tam odbywały się narady, rozmowy, dyskusje w całkiem miłej atmosferze przy kawce, ciasteczku. Mam z tego okresu sporo sporo fotek, które zaświadczają, że przy stole można rozmawiać i siedzieć obok siebie, nawet jeśli się myśli i czuje co innego niż interlokutor.

Czas jednak pokazał, że dawni sympatycy, przyjaciele stali się wrogami. Dlaczego? Oto jest pytanie. Szkoda, w końcu razem tworzyli ludzki potencjał, który mógłby wiele pożytecznego zdziałać dla dobra wspólnoty polskiej. Nawet, jeśli istniały między nimi różnice, to mimo tego mogli trzymać się razem na dobre i na złe, gdyż tylko wtedy miało się wpływ np. na program działania czy wybór członków Zarządu. Teraz to sobie można jedynie pokrzykiwać do ściany, pisać codziennie donosy do ministerstwa, a stan faktyczny pozostanie bez zmian tak długo, dopóki obowiązuje umowa międzynarodowa na szczeblu rządowym. Koniec. Kropka!

Inny działacz to Ferdynand Domaradzki, który w 2011 roku reaktywował Polską Radę, organizację dziś nadal skupiającą liczne grono sympatyków wokół cyklicznych programów dla Polonii z całego Berlina. Od tego czasu Polonia stała się widoczna w przestrzeni publicznej Berlina, a sukcesy dostrzegają urzędnicy na wysokich szczeblach rządowych w Polsce i Niemczech. Tymczasem są i tacy, mający mandat państwowy do kontaktów z Polonią, którzy próbują deprecjonować znaczenie i ogromny wkład Polskiej Rady w kreowaniu pozytywnego wizerunku Polaków w Niemczech. Naprawdę nie da się zaprzeczyć, że Polska Rada Związek Krajowy w Berlinie wykonała gigantyczną pracę na rzecz integracji środowiska polskiego w Berlinie. Ażeby nie być gołosłowną, wspomnę o dwóch albumach fotograficznych „Polonia w obiektywie Stefana Dybowskiego”, w których wyżej wymienione osoby i organizacje zostały udokumentowane na fotografiach. Warto do nich zajrzeć i przekonać się, jak było naprawdę!

Owszem, słyszy się tu i ówdzie, że powstała w 2016 roku druga dachowa organizacja o nazwie Chrześcijańskim Centrum Krzewienia Kultury Tradycji i Języka Polskiego w Niemczech. Od czasu do czasu słychać o nich, tylko działalności na mapie kulturalnej Berlina, Hamburga, Monachium już znaleźć nie można. Obserwując stronę internetową Porozumienia widać jedynie działaczy w kuluarach ministerstw, ambasady oraz w pałacu prezydenckim, natomiast wielkich wydarzeń z udziałem Polaków i Polonii nie widać. Szkoda, w końcu można by coś wspólnie zrobić, choćby informować się lub zapraszać się wzajemnie… czemu nie?

Jak dzisiaj jest, każdy widzi, podziały są głębokie. Nie ma nikogo, kto uderzyłby pięścią w stół i powiedział: dość, basta! Rozmawiajmy ze sobą! Zróbmy coś razem!

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 359 Czytelników
Pin It