Berlin – 30 lat temu

Wspomnienie

9 listopada 2019 roku minęła 30 rocznica pokojowej rewolucji w Niemczech i upadku Muru berlińskiego. Tak się złożyło, że akurat w tym przełomowym okresie, czyli w latach 1988-89, dość często w weekendy jeździłam do Berlina Zachodniego na spotkanie z moim ówczesnym narzeczonym. Zazwyczaj podróżowałam pociągiem, nie lubiłam jednak tej jazdy, bo miałam powody, żeby panicznie się bać kontroli przy wjeździe do Berlina Zachodniego. Granicznicy z DDRu groźnym wzrokiem łypali podejrzliwie na pasażerów, jakby w oczach mieli lufy karabinów gotowych do strzelania. Bezlitośnie trzepali zawartość bagaży, demonstrując swoją wyższość, czepiając się towarów pochodzenia zagranicznego, jak perfumy czy kosmetyki, które natychmiast wędrowały do depozytu. Chyba ze dwa, a może trzy razy wezwana zostałam do osobistej kontroli, a któregoś razu kazano mi nawet wysiąść z pociągu  we Frankfurcie nad Odrą, bo kontrolerzy znaleźli zdjęcia z pobytu na wyspie Sylt. Nie znałam niemieckiego na tyle, żeby dowiedzieć się, o co im naprawdę chodziło, gdy pozostawili mnie na zimnym dworcu na całą dobę. Chciałam skontaktować się z konsulatem i z narzeczonym, lecz straż kategorycznie odmawiała. Widocznie bawiło ich moje cierpienie, bezradność, niezasłużona szykana, jaka mnie spotkała. Od tamtej pory z ogromnym napięciem przekraczałam granicę, ale na szczęście okres ten nie trwał zbyt długo, wkrótce osiedliłam się na stałe po zachodniej stronie Berlina. A było to  dokładnie 30 lat temu.

Przyznaję, że niezbyt zauważyłam tę, jakże ważną dla Niemców po obu stronach muru, „pokojową rewolucję” roku 1989, ponieważ wszystkie weekendy mój osobisty narzeczony i ja spędzaliśmy na „weście”, jak to się potocznie mówiło. Byłam do tego stopnia oczarowana bezstresowym życiem w wielokulturowej społeczności, że zdecydowałam się ostatecznie opuścić Polskę. Postawiłam na miłość, otworzyłam nowy rozdział życia, życia w obcym kraju, kulturze, bez znajomości języka i szans na pracę w wyuczonym zawodzie, jako nauczycielka. A przecież nigdy nie pożałowałam tej decyzji, od 30 lat jestem obywatelką Polski żyjącą w Niemczech.

W czasie, kiedy padł mur, mój (wówczas już) małżonek często zabierał mnie na zwiedzanie miasta wzdłuż muru. Przyznaję, że wcale za tym nie przepadałam. Niezbyt cieszyło mnie oglądanie widoków podobnych do tego, jak wyglądały polskie miasta. Dzisiaj jestem mu wdzięczna za to, że posiadam z tego okresu sporo dokumentalnych zdjęć, które mają wartość historyczną. Jedno, co zapamiętałam, to fakt, że jeśli chodzi o poziom życia Niemcy ze wschodniej części mieli dużo gorzej od Polaków, dotyczyło to też możliwości samorozwoju, wolności słowa i praw obywatelskich. Ludzie mieszkali w strasznych warunkach, bez łazienek, wind i wszelkich wygód. Jedynie budynki stojące blisko muru, czy Alexanderplatz, miały względnie nowoczesny wygląd, większość znajdowała się w katastrofalnym stanie.

Mieszkaliśmy blisko muru, na Köthenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się się widok na Potsdamer Platz: kolejkę magnetyczną, której już nie ma, akademiki, które zostały zlikwidowane, podobnie jak słynny polski flohmarkt w pobliżu metra Gleisdreieck. W dość krótkim czasie wszystkie obiekty znajdujące się na Potsdamer Plac zostały wyburzone i rozpoczęła się największa w Europie  rozbudowa nowoczesnego centrum miasta.  Ciekawe, że zaczęła się od wykopania ogromnej dziury, która natychmiast wypełniła się wodą gruntową. Obserwatorzy komentowali, iż budowa jedności i zjednoczenia zaczyna się od … głębokiego rowu dzielącego obie strony.

Widziałam przeogromne kolejki tych, którzy pobierali powitalne sto marek lub wymieniali markę wschodnią na  zachodnią. W sklepach panowały totalne pustki, na ulicach Berlina zachodniego pojawiały się terkoczące Trabiki. Przechodnie ostentacyjnie zatykali nosy, faktycznie strasznie smrodziły. Co niektórzy berlińczycy z Ostu, nie chcąc, by ich na pierwszy rzut oka rozpoznawano, czym prędzej kupowali auta produkcji zachodniej.

Ale i tak wkrótce okazało się, że Ossi, bo tak nazywano ludzi ze wschodniego Berlina, rozpoznawalni byli nie tylko po ubiorze i marce auta, ale rejestracje samochodowe też były odmienne i zaczynały się od liter KPNH.

Wiem, jak bardzo bolała ich urzędowa dyskryminacja, dawni obywatele DDR  długo nie mogli pogodzić się z epitetem Ossi.  W rzeczywistości muru  nie było, pozostał jednak podział społeczny na Wessi – Ossi. Musiało sporo upłynąć lat zanim zaprzestano używać pogardliwych określeń.

A jak jest dzisiaj? O dziwo, co niektórzy, w 30 lat od upadku Muru,  sami siebie określają się, jako Ostler.

Czy jednak na pewno nie ma muru dzielącego społeczeństwo niemieckie? Tego nie wiem?

 

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 110 Czytelników
Pin It