Blaski i cienie życia na obczyźnie

Cykl wspomnieniowy sprzed 30 lat

Pomimo tego, że nadeszły demokratyczne zmiany, a z nimi  perspektywy na lepsze życie (?) -wybrałam jednak emigrację. Czasem nie mogę uwierzyć, że minęło od tego czasu aż 30 lat. Przeżyłam ten czas w zupełnie innej rzeczywistości . Kiedy zamieszkałam po zachodniej stronie Berlina, istniał jeszcze mur berliński. W miarę szybko zorientowałam się, że to dobre miejsce dla mnie. Wprawdzie bez szans w wyuczonym zawodzie, co zresztą było do przewidzenia, ale i tak byłam zadowolona z tego, że tu jestem. Wiedziałam, że w kraju emigracji pierwszym wyzwaniem dla każdego obcokrajowca jest pokonywanie barier językowych i asymilowanie się w wielokulturowy pejzaż. Trzeba było więc się zmierzyć z nowymi problemami, nieraz przykrymi, bo niosły z sobą jedną wielką bezradność. Ale starałam się rekompensować ją sobie światem sztuki, który mnie pochłonął. Odwiedzałam więc muzea, galerie, bywałam na koncertach i wcale nie musiałam znać języka, by zrozumieć przekaz, który niosła z sobą muzyka czy obraz. W tym samym też czasie zauważyłam, że Niemcy jakoś dziwnie reagują, kiedy słyszą polską mowę. Czuło się ich obojętność, a czasem nawet i pogardę. Czy dlatego, że kojarzyli nas z tymi Polakami, którzy w „Aldi” kupowali hurtem wszystko jak leci? A może widok brudnych autokarów z „firankami”, co-sama przyznam-nie przynosiło nam chluby? Pewnie tak, ale nie będę tego komentować. Dzisiaj to zupełnie inne czasy. Wizerunek Polaka zdecydowanie się poprawił.

Na emigracji poznałam też smak pracy fizycznej, z pozycji dyrektora w Polsce spadłam do roli sprzątaczki. To normalne, prawie każdy emigrant od tego zaczyna, a dopiero potem, gdy się sprawdzi, może mieć nadzieję na awans. Miałam szczęście dostać się do takiej firmy niemieckiej, w której szef w żaden sposób nie pasował do polskich standardów. Był skromny, zawsze „w drugim szeregu”, a co najważniejsze-darzył każdego pracownika szacunkiem, bez względu na stanowisko, jakie ten ktoś zajmował. Zanim rozpoczynała się praca na wszystkich czekała już kawa, którą najczęściej sam SZEF przygotowywał, grylował kiełbaski, gdy zachodziła potrzeba pracować dłużej. Nigdy też nie zdarzyło się, by zaistniały jakiekolwiek opóźnienia z wypłatą wynagrodzenia za pracę. Tu, w niemieckiej firmie, uświadomiłam sobie, że by praca przynosiła efekty-należy zwrócić uwagę na tempo pracy. Nie można się spieszyć! Każdy pośpiech odbierany jest negatywnie. Uważa się bowiem, że ten, kto się spieszy, wykona swoje obowiązki niedbale i niedokładnie. To zupełne przeciwieństwo pracy w akordzie, którą kultywowano w czasach PRL-u, kiedy to niezupełnie ważna była JAKOŚĆ, ale ILOŚĆ! Przyznam, że raz popełniłam ten „peerelowski” błąd, ale tylko raz!

Do tej pory mile wspominam ten okres i tylko żałuję, że dałam się zwieść obiecankom polskiego szefa, u którego, jak się potem okazało, trzeba było pracować za dwóch, a nawet więcej, natomiast pensję wypłacano „po amerykańsku”, czyli co kilka dni po troszeczku. W dodatku szef uwielbiał pochlebstwa oraz podawać kawkę lub herbatkę.

Wkrótce awansowałam na stanowisko bufetowej w kantynie senackiej. Miałam, dzięki temu, okazję poznać mentalność niemieckich urzędników państwowych. Po raz pierwszy zobaczyłam, jak wysoko postawieni urzędnicy traktują poważnie swoje zobowiązania, których się podjęli. Nikt tu nie odkładał nie załatwionych spraw na drugi dzień, nawet jeśli były błahe. Wszyscy byli bez reszty oddani pracy.

Praca w kantynie senackiej była dla mnie świetnym miejscem do obserwacji, bezpośrednich rozmów, dyskusji, spotkań etc. Kontakt z wysokimi urzędnikami państwowymi sprawiał mi wiele satysfakcji. Imponowali mi uprzejmością, nienagannymi manierami i elegancją,  choć u niektórych wyczuwałam pewien dystans. Czy przyczyną takiego stanu rzeczy tkwiła w tym, że byłam Polką z nie najlepszym niemieckim, czy po prostu z natury już tacy wyniośli byli? Nie będę dociekać przyczyn, powiem tylko, że lepszy już taki dystans, niż jawne okazywanie pogardy. A muszę zdradzić, że takowy osobnik się pojawił w kantynie któregoś dnia i od tej chwili  „umilał” mi czas niewybrednymi docinkami. Znosiłam te upokorzenia, ale pewnego dnia nie wytrzymałam i oznajmiłam, że od jutra tenże pan X nie będzie obsługiwany, więc dobrze zrobi, jeśli kanapki i kawę przyniesie sobie z domu. A poza tym-dodałam- za mobbing zamierzam zrobić na policji „Anzeige” (za nienawiść do obcokrajowców).Powiedziałam to głośno i wyraźnie przy wszystkich obecnych na sali jego kolegów i ostentacyjnie odeszłam od bufetu. Na drugi dzień z daleka krzyczał: „Guten Morgen Frau Krystyna”, „wie gehts?” Tak się korzył przede mną ten  nieszczęsny, wysoko postawiony urzędnik, że w końcu zrezygnowałam z pójścia na policję. Mogłam mu tym nieźle zaszkodzić.  Odpuściłam więc, bo nie należę do tych, co się mszczą.

Inny nieprzyjemny epizod z senatu jest podobnego kalibru. Miałam znajomego urzędnika, którego jeden jedyny raz zaprosiłam do domu na kawę, przyszedł z kwiatami i pełnym koszykiem jedzenia, serwetkami, widelcami plastikowymi i płynem do naczyń. Zdziwiona zawartością koszyka zapytałam, co zamierza? Ano chciałby na moim balkonie popiknikować- powiedział- więc przyniósł swoją specjały, także serwetki – bo słyszał, że nie używamy ich przy jedzeniu, podobnie jak widelców. A płyn jest do mycia naczyń-dodał na koniec. Poczułam się fatalnie. Nie będę jednak opisywać tego, w jaki sposób ten pan znalazł się za drzwiami. Długo rozważałam zaistniały incydent i kiedy w Instytucie Polskim przygotowano stół po „chłopsku”, a więc kiełbasy do ręki, bez widelca i wiooo!…..Tak, dopiero wtedy skojarzyłam ten fakt z sytuacją, jaka miała miejsce w moim mieszkaniu i już wiedziałam, skąd ten pan miał takie informacje.

Ale to wszystko wydarzyło się przed 27 laty, kiedy Niemcy mieli do Polaków uprzedzenia. Na szczęście takich było niewielu. Większość, których spotkałam na swojej drodze, była wobec mnie życzliwa i przyjazna. Potwierdzeniem moich słów może być osoba mojego sąsiada-Niemca, który codziennie dostarczał mi prasę, a z nią świeże bułeczki, nie biorąc za to ani centa („nie jestem handlarzem”).Z kolei, gdy gościłam wnuczki u siebie, ten sam sąsiad obdarowywał je codziennie słodyczami, fundował lody, a nawet przejazd statkiem. Inna zaprzyjaźniona koleżanka z Senatu zapraszała mnie często na dobry obiad do restauracji. Wycieczkę na Sycylię też ona sfinansowała. Byłam wtedy już na rencie, potrzebowała osoby towarzyszącej, a poza tym znała moją nie najlepszą sytuacje finansową, więc w jakiś sposób chciała mi zrobić przyjemność. Czasem odnosiłam wrażenie, że może w ten niezwykle taktowny sposób Niemcy chcieli spłacić moralny dług za przeszłość, o której potrafią już mówić w sposób coraz bardziej otwarty. A może po prostu miałam szczęście do ludzi o WIELKIM  SERCU?!

ciąg dalszy nastąpi…

 

Komentarze

komentarzy


Artykuł przeczytało 168 Czytelników
Pin It